Dominik Kocuj - strona domowa
Dominik Kocuj - strona domowa
http://dominik.kocuj.pl

Dominik Kocuj - strona domowa
  • 23 Lipiec 2017

Dominik Kocuj - strona domowa

Dominik Kocuj - strona domowa - gatunek,akcja,scenariusz,alex,kurtzman,roberto,orci,reżyseria,abrams,obsada
  • Subskrypcja

Star Trek (2009)

Star Trek (2009)„Star Trek”

Gatunek:akcja, science-fiction
Scenariusz:Alex Kurtzman, Roberto Orci
Reżyseria:J.J. Abrams
Obsada:Chris Pine, Zachary Quinto, Eric Bana, Bruce Greenwood, Karl Urban
Czas trwania:126 min.
Rok produkcji:2009
Kraj produkcji:USA
 
„Star Trek” to filmy i seriale osadzone w świecie przyszłości XXIII i XXIV wieku, które zostały wymyślone w latach 60-tych XX wieku przez producenta telewizyjnego – Gene’a Roddenberry. Przez lata powstało wiele filmów i seriali opowiadających głównie o załogach statków kosmicznych, o ludziach, którzy eksplorują kosmos na podobieństwo pierwszych odkrywców na Ziemi. „Star Trek” stał się fenomenem i dał początek wielu innym serialom science-fiction. Głównym sukcesem wykreowanego przez przez Gene’a Roddenberry świata były liczne parabole do aktualnych problemów społecznych, ukryte pod płaszczykiem odległych planet i kosmitów, którzy zadziwiająco przypominali ludzi z naszych czasów pod wieloma względami. Wszystko to obserwować można było z punktu widzenia załogi – w dużej mierze ziemskiej – statku bądź stacji kosmicznej, która była wyidealizowana – wręcz utopijna – ale dająca dzięki temu kontrast wobec poruszanych problemów. To zawsze stanowiło siłę „Star Trek”, choć sprawdzało się lepiej lub gorzej w praktyce.

Dotychczas powstało 5 seriali i 10 filmów produkowanych najpierw przez Gene’a Roddenberry, a po jego śmierci przez Ricka Bermana. Ostatni film – „Star Trek: Nemesis” – był produkcją z kiepskim scenariuszem i z wymuszonymi scenami akcji pomiędzy bohaterami (o dynamice emerytów – zgodnie z wiekiem aktorów), co zaowocowało finansową klapą. Dlatego wytwórnia Paramount Pictures postanowiła dokonać odświeżenia marki, zaczynając od zwolnienia dotychczasowego producenta „Star Trek” – Ricka Bermana. Następnie wynajęła do zrealizowania filmu zewnętrzną firmę „Bad Robot Productions”, której właścicielem jest J.J.Abrams – znany głównie z produkcji serialu „Lost” (w Polsce znanym pod tytułem „Zagubieni”). I tak powstał 11-sty „Star Trek” – tym razem pozbawiony podtytułu. J.J.Abrams został producentem i reżyserem, a scenarzystami zostali Roberto Orci i Alex Kurtzman – duet znany z napisania scenariusza dla filmu „Transformers”.

Star Trek (2009)Po długich wahaniach, spowodowanych agresywną wobec dotychczasowych fanów „Star Trek” promocją czy zwiastunem pokazującym produkcję jako przepełnioną akcją, film obejrzałem. Nie była to jednak przyjemność i na pewno do filmu nie będę wracał jak to robię z niektórymi wcześniejszymi produkcjami. Na początek może zacznę od nieco pozytywnej strony. Wszechświatowi „Star Trek” w obecnych czasach może przydać się odświeżenie warstwy wizualnej – takie są obecne wymagania widowni (w dużej mierze „popcornowej”), więc dostosowanie się do niej nie jest grzechem, gdy chce się wypromować tak stare uniwersum jakim jest „Star Trek”. I od tej właśnie strony jest to zmiana, która odświeżyła nieco spojrzenie na ten świat. Jednak już tutaj znajduje się zgrzyt. O ile bardziej gwałtowne ruchy kamerą przy scenach akcji (czyli de facto przez cały film – ale o tym potem) czy duże zbliżenia są do przyjęcia, o tyle kompletnie nie rozumiem nadużywania oślepiających świateł odbijających się w kamerze. Może to był sposób na zaślepienie widzów względem tego filmu? Nie wiem. Na mnie jednak to nie podziałało, co widać w dalszej recenzji.

Obsada filmu jest dobra, ale nie rewelacyjna. Niestety, główna rola, czyli Chris Pine jako Kirk, zupełnie mnie nie przekonała. Młody Kirk jest jakiś mało „kirkowy” – taki młody gniewny, ale nic więcej o nim nie jestem w stanie powiedzieć. Co więcej przez cały film jego zachowanie ewidentnie się nie zmienia – dostosowuje się wprawdzie do Gwiezdnej Floty, ale jest to dalej wykorzystywanie tych samych cech. Kolejną osobą z obsady, która mnie nie przekonała, a nawet drażniła, jest Anton Yelchin jako Pavel Chekov. Będąc 17-letnim geniuszem, który zna się najlepiej na wszystkim (obsługa transportera w scenie spadania Kirka i Sulu czy pomysł na dostanie się na statek Nero) przypomina żywcem Wesleya Crushera z serialu „Star Trek: The Next Generation” i wszystkie jego cechy znienawidzone przez widzów oraz samego Wila Wheatona odtwarzającego tę rolę. Chekov jest tu również postacią komiczną (w kiepskim stylu) co, moim zdaniem, zostało dodane strasznie na siłę i jest zupełnie nieprzekonujące – szczególnie w scenie podawania kodu do nadawania transmisji wewnątrz statku.

Pozostałe role osób z załogi są poprawne i dość przypominają swoje oryginały z oryginalnej serii „Star Trek”. Ponad przeciętność wybija się Zachary Quinto jako Spock, który przez wiele scen potrafił mnie przekonać, że jest młodszą wersją Leonarda Nimoy (aktora, który odtwarzał rolę Spocka od czasów pierwszego pilota serialu „Star Trek” w 1965 roku).

Star Trek (2009)A skoro o Nimoyu mowa to i tutaj należy wspomnieć parę słów. Jego pojawienie się w roli starego Spocka powinno wywołać łęzkę wzruszenia. Ale tak się nie dzieje. Stary Spock w tym filmie nie jest tym samym Spockiem, którego znamy. Nie wiadomo czy to kwestia kiepskiej gry Nimoya czy też tak go ustawiał reżyser J.J.Abrams. Tak czy inaczej stary Spock jest zupełnie nieprzekonujący i jego ekspresja jest zupełnie inna niż np. w 6-tej produkcji „Star Trek” – „The Undiscovered Country” – gdzie wypadł rewelacyjnie. I nie chodzi mi tu o wygląd Spocka – każdy ma prawo się zestarzeć – ale o wypowiadanie kwestii. Pamiętam zaledwie może 2 krótkie momenty, w których ujrzałem w nim Spocka – w pozostałych była to kiepska podróbka. Nigdy nie przypuszczałbym, że kiedyś użyję takich słów o tym aktorze. W przypadku tego filmu spodziewałbym się raczej, że to Zachary Quinto okaże się kiepskim naśladowcą mistrza, ale film w tej kwestii zaskoczył mnie całkowicie – negatywnie, niestety.

Wielkim zaskoczeniem są bardzo dobre drugo- a nawet trzecioplanowe role. Kapitan Robau (Faran Tahir), który pojawia się zaledwie na parę minut, zapada w pamięć jako konkretny dowódca. Z kolei kapitan Christopher Pike (Bruce Greenwood), który ma dużo większą i ważniejszą rolę w filmie, wypada tak bardzo przekonująco, że gdy wypowiada słowa „enlist in Starfleet”, miałem przez moment sam ochotę zapisać się do tej organizacji. Te dwie role są bardzo dobrze obsadzone. Takich kapitanów powinniśmy ciągle widywać na statkach Floty. Pokazanie konkretnych kapitanów, którzy mają charyzmę, stanowi tu plus filmu i poprawia zdanie o Gwiezdnej Flocie, które popsuli niekompetentni kapitanowie i dwulicowi admirałowie z wcześniejszych filmów i seriali.

Z kolei wielką porażką jest wg mnie Chris Bana jako Nero. Jedyny moment kiedy jego gra jest przekonująca ma miejsce w początkowej scenie z USS Kelvin, gdy siedzi i obserwuje rozmowę z kapitanem Robau (pewnie dlatego, że nic nie mówi). Potem jest już tylko gorzej. Apogeum jego kiepskiej gry następuje w momencie ucieczki Spocka z Narady. Okrzyki „Spock!” przypominają nadinterpretacją i sztucznością wykrzykiwanie imienia Khana w „Star Trek II: The Wrath of Khan” – jednak oczekiwałbym od współczesnego i tak zachwalanego filmu lepszego aktorstwa – szczególnie w przypadku złoczyńcy, który stanowi w końcu drugą główną rolę.

Star Trek (2009)Scenariusz filmu to największa jego wada. Podstawową jest zupełna przypadkowość. Po oglądnięciu 11-tej produkcji filmowej „Star Trek” można uwierzyć, że światem rządzi przypadek, w którym, jak to kiedyś ujął Terry Pratchett, szansa jedna na bilion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć. Co my tu mamy? Nero przybywając z przyszłości atakuje USS Kelvin, na którym ginie ojciec Kirka. Po 25 latach przypadkiem Kirk i Nero spotykają się w bitwie. Spock wyrzuca Kirka na planetę, na której przypadkiem znajduje się stary Spock, którego Kirk przypadkiem odnajduje w pobliskiej jaskinii. Obaj przypadkiem odnajdują Scotta na tej samej planecie, który przypadkiem jest autorem równania transportera, dzięki któremu można przenieść się na dużą odległość, co jest przypadkiem akurat potrzebne. Co więcej – przypadkowo wszystkie osoby, które były bohaterami oryginalnego USS Enterprise w oryginalnej linii czasowej, trafiają na ten sam statek i na końcu filmu dostają te same stanowiska. Wszechświatem rządzi przypadek, który jest mało przypadkowy. To jest największą bolączką scenariusza 11-tej produkcji „Star Trek”.

Drugą wielką bolączką są niejasności. Podobno film ma być przeznaczony dla osób niezaznajomionych z bogatym uniwersum „Star Trek”. Można uznać to za prawidłowe założenie gdyby nie fakt, że zrobiono to fatalnie. Bez lektury komiksu „Star Trek Countdown” wiele rzeczy w filmie jest kompletnie niezrozumiałych, np. dlaczego statek górniczy, nawet z przyszłości, jest tak dozbrojony. Z kolei sam komiks zawiera wiele odniesień do wcześniejszych filmów i seriali. Tak więc wchodzimy tu w błędne koło. Już 9-ta filmowa produkcja „Star Trek” – „Insurrection” – lepiej to rozwiązała i była przynajmniej zrozumiała bez lektury dodatkowych materiałów dla osób nie znających tego świata.

Ponadto film przeładowany jest scenami akcji. Tu nie ma czasu na myślenie. Wszystkie pomysły załogi są od razu prawidłowe, aby nie zwalniać tempa akcji, bo przeciętny widz może uznać ten film wtedy za zbyt nudny. A jednak to właśnie dyskusje, rozwiązywanie zagadek i współpraca są esencją wszechświata „Star Trek”. Jedyna taka scena ma miejsce zaraz przed wyrzuceniem Kirka ze statku. Dyskusja ta przypominała stare, dobre czasy „Star Trek” i jest jedyną, która naprawdę przykuła moją uwagę jako fana tego uniwersum. Ale jedna jaskółka wiosny nie czyni i na dłuższą metę film męczy swoim nadmiernym tempem akcji, które ma chyba na celu wyłączenie myślenia.

Star Trek (2009)Gdyby fabuła filmu była oryginalna to na wymienione bolączki mógłbym może i przymknąć oko. Jest ona jednak sztampowa aż do bólu. Ile to razy mieliśmy psychopatycznego wroga? Ile razy posiadał on potężną broń? Ile razy chciał się mścić na głównym bohaterze? Szkoda, że scenarzyści 11-tej produkcji „Star Trek” nie potrafili wyjść poza utarty i przerabiany wiele razy schemat. To już „Star Trek V: The Final Frontier”, tak krytykowany, również przeze mnie, miał bardziej skomplikowane relacje pomiędzy pozytywnymi bohaterami a negatywnym. I takich relacji bym też tu oczekiwał wraz z jakąś głębią, którą większość filmów spod marki „Star Trek”, a już szczególnie seriale, posiadają.

Poza tymi zgrzytami film obfituje dodatkowo w mnóstwo większych lub mniejszych głupot lub scen, które mi się nie spodobały lub są dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Po części postaram się je teraz wymienić:

  • Scena jazdy samochodem młodego Kirka jest kompletnym nieporozumieniem. Jest to jeden gigantyczny „product placement” m.in. Nokii, ponieważ nie ma żadnego innego wytłumaczenia dla tego krótkiej i bezsensownej wstawki. Tłumaczenie, że miało to pokazać, iż Kirk jest młodym gniewnym jest bez sensu – widać ten fakt dużo lepiej w późniejszych scenach.
  • Po co Kirk nosi ze sobą model statku USS Kelvin? Nawet jeśli jest to solniczka, co można by wnioskować po dziurach, to po co mu ona w barze, gdzie idzie się napić? To jest przykład nieprzemyślanej sceny, w której chciano szybko pokazać, że Kirk wspomina śmierć swojego ojca. Można było to zrobić jednak lepiej, aby nie wywołać u mnie konsternacji podczas seansu.
  • W czasie tworzenia wszelkich produkcji „Star Trek” zawsze sugerowano, a nawet pokazywano, że statki kosmiczne budowane są w kosmosie. W 11-stym „Star Trek” widzimy budowę statku – i to całego – na powierzchni Ziemi, konkretnie w Iowa, rodzinnym mieście Kirka. Wymyślono to zapewne tylko po to, aby znowu pokazać głównego bohatera zastanawiającego się nad Gwiezdną Flotą. Scenarzyści nie mogli kazać mu jechać motorem do stoczni orbitalnej, więc przenieśli statek na Ziemię.
  • Co Nero robił przez 25 lat? Nikt go nie widział, nikt o nim nie słyszał. Wątpię, aby przez tyle czasu naprawiał swój statek po staranowaniu go przez USS Kelvin. Czekał aż pokryje go rdza?
  • W jaki sposób załoga Narady wyliczyła czas i miejsce przybycia starego Spocka skoro oba statki przeniosły się przypadkiem w czasie i Nero nie mógł mieć pewności czy Spock też przyleci?
  • Sygnał SOS z Wolkana mówi o problemach, ale nie podaje o co dokładnie chodzi. Wygląda to tak jakby Wolkanie nie wiedzieli co się dzieje, czemu zaprzecza scena z matką Spocka, która ogląda z tarasu nie tylko platformę wiertniczą, ale i sam statek Nero.
  • Dlaczego Enterprise nie ostrzelał platformy wiertniczej na orbicie Wolkana? Późniejsze sceny udowodniły, że można to zrobić nawet niewielkim statkiem nie przeznaczonym do celów bojowych (pojazd starego Spocka). Przecież Nero niszczył flotę statków Federacji, aby mu nie przeszkadzały w wierceniu. Oszczędzony przez niego Enterprise powinien mu poważnie zaszkodzić strzelając do platformy. A jednak tak się nie dzieje, bo mielibyśmy koniec filmu. Ten punkt jest dla mnie jednym z największych problemów w całym filmie, gdyż kolejne wydarzenia nie powinny mieć miejsca, gdyby scenarzyści wykazali choć trochę inteligencji i nie chcieli wciskać na siłę scen akcji.
  • Brak obrony Wolkana i Ziemi jest może i zgodny z tym co zwykle pokazywał „Star Trek”, ale przynajmniej jeden czy dwa statki – nawet niewielkie – powinny próbować przeszkadzać Nero w odwiertach. Obrona Ziemi zawsze była słaba, ale była, co pokazują niektóre poprzednie produkcje „Star Trek” (choćby odcinek serialu „The Next Generation” – „The Best of Both Worlds”, gdzie widać parę małych jednostek obronnych przy Marsie).
  • Dlaczego nigdy nie słyszeliśmy o równaniu transportu w transwarp? Skoro Scott jest jego wynalazcą w standardowej linii czasowej to po czasach Kirka powinno to być szeroko używane. A wystarczy wziąć do analizy choćby niektóre odcinki „The Next Generation” – z transportem zawsze było mnóstwo problemów szczególnie, gdy jeden z obiektów był w warp.
  • Ciekawą sprawą jest fakt, że wystarczyło równanie i sprzęt do niego nieprzystosowany dokonał owego magicznego transportu.
  • Nero dość sporo czasu wiercił w San Francisco. Zastanawia mnie czemu woda nie obniżyła ani trochę swojego poziomu ani nie wytworzył się żaden wir w miejscu odwiertu. Po zniszczeniu wiertła wszystko wygląda tak, jak dotychczas i woda płynie sobie spokojnie mimo, że w środku znajduje się wielka dziura.
Problemy, które rzucają się w oczy podczas seansu, można by wymieniać dużo dłużej. Wiadomo, że w każdym filmie można ich znaleźć sporo, ale łatwiej przymknąć na nie oko, gdy film ogląda się z przyjemnością. Tutaj głupoty widać jak na dłoni.

Z plusów muszę wymienić sceny z USS Kelvin, które są chyba najlepiej wykonane pod względem dramaturgii. Oczywiście, rodząca kobieta w środku kryzysu jest również typowym zabiegiem podnoszącym napięcie, ale ta sztampa jest tu całkowicie na miejscu i trudno o tych scenach zapomnieć. Podobało mi się również wyssanie załogantki podczas ostrzału i pokazanie tego w zupełnej ciszy w próżni, co dało znakomity klimat pamiętny mimo paru sekund trwania. Niestety, potem film stacza się po równi pochyłej i sceny z USS Kelvin nie ratują 11-tego filmu „Star Trek” jako całości.

Zastanawiałem się czy muzykę mogę zaliczyć do plusów czy nie. W filmie sprawdza się, ale jako osobna ścieżka dźwiękowa jest dosyć słaba. Na pewno nie może równać się z utworami Jerry’ego Goldsmitha, który tworzył rewelacyjną muzykę do wielu produkcji spod znaku „Star Trek”.

Star Trek (2009)Podsumowując, trudno cieszyć się z powstania tego filmu. Jak widać po recenzjach, ściąga on ludzi, którzy do tej pory nie lubili ani seriali ani filmów „Star Trek”. Świadczy to o tym, że ten film tak naprawdę nie jest tym, czym do tej pory był „Star Trek” – jest po prostu kiepskim filmem akcji o dynamizmie rodem z MTV, udającym science-fiction, który ma bezpodstawnie przyklejony tytuł mojego ulubionego uniwersum. Mówiąc językiem (nota bene agresywnej wobec dotychczasowych fanów) reklamy filmu, należę do grona starych ludzi, którzy nie rozumieją filmu. Pewnie oprócz tego jestem „dickhead” (łagodnie tłumacząc: „kompletny idiota”), jak to ujął Nimoy w tekście skierowanym do krytyków filmu, i ogólnie ekipa „Star Trek” Abramsa ma mnie w głębokim poważaniu, co pokazywała wielokrotnie czarnym PR skierowanym do krytyków filmu – najczęściej fanów „Star Trek”. A ja, dzięki idiotycznemu filmowi i obrażaniu mnie jako fana, również myślę podobnie o tej ekipie i nie oczekuję powstania kolejnej części, która jest obecnie już w produkcji i jest, niestety, tworzona przez tych samych ludzi.

Dodam, że po oglądnięciu „Star Trek” Abramsa musiałem dla odprężenia oglądnąć odcinek „The Next Generation”, aby zostawić w pamięci miłe wspomnienia o wszechświecie „Star Trek”, w którym załoga rzeczywiście pokonuje ostateczną granicę i podąża tam gdzie nikt jeszcze nie dotarł – w nieznane, które tak zachwyciło niegdyś Gene’a Roddenberry. Pozostaje tylko żałować, że prawdziwy duch świata „Star Trek”, który i tak już dogorywał, definitywnie umarł wraz z nowym filmem.

Ocena filmu: 2/10
Data recenzji: 02.11.2011

Nie posiadasz zainstalowanego Flash Player. Proszę, zainstaluj to - możesz go ściągnąć tutaj: http://get.adobe.com/flashplayer/

© Paramount Pictures

Brak komentarzy


Ta strona używa "ciasteczek" ("cookies"), które są zapisywane na Twoim urządzeniu końcowym. Więcej informacji